Autorzy lektur o największym dorobku w naszym portalu: Anton Czechow | Dziekoński | Homer | Kraszewski | Sienkiewicz | Nieznany
- Cóżeś gadał? - pyta Bartek - dyć to chmyzy!” Jakbym jednego bez łeb lunął, to by się ze czterech wywróciło.
- Musi jakoś zmarnieli - odrzekł również rozczarowany Wojtek.
- Po jakiemu oni szwargocą?
- Juści nie po polsku.
Uspokojony pod tym względem Bartek poszedł dalej wzdłuż wagonów.
- Straszne kapcany - rzekł skończywszy przegląd wojsk liniowych.
Ale w następnych wagonach siedzieli żuawi. Ci więcej dali Bartkowi do myślenia. Z powodu, że siedzieli w wagonach krytych, nie można było sprawdzić, czy każdy jest chłop jak dwa albo trzy razy zwyczajny człowiek, ale przez okna widać było długie brody i marsowate, poważne twarze starych żołnierzy o ciemnej cerze i błyszczących groźnie oczach. Duch Bartka znowu skierował się ku ramionom.
- Te straszniejsze - szepnął cicho, jakby się bał, by go nie słyszeli.
- Jeszcześ nie widział tych, co się nie dali wziąć - odparł Wojtek.
- Bójże się Boga!
- Obaczysz!
Napatrzywszy się żuawom poszli dalej. Zaraz przy następnym wagonie Bartek rzucił się w tył jak oparzony.
- O rety! Wojtek, ratuj!
W otwartym oknie widać było ciemną, prawie czarną twarz turkosa z przewróconymi białkami oczu. Musiał być ranny, bo twarz wykrzywiła mu się cierpieniem.
- A co? - rzecze Wojtek.
- To złe, nie żołnierz... Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu!
- Spojrzyj ino, jakie on ma zębiska.
- A niech go wciornaści! ja tam nie będę na niego patrzył.
Bartek umilkł, po chwili jednak spytał:
- Wojtek!
- Czego?
- A żeby takiego przeżegnać, czy by nie pomogło?
- Pogany na świętą wiarę nie mają wyrozumienia.
Dano znak do wsiadania. Po chwili pociąg ruszył. Gdy ściemniło się, Bartek widział ciągle przed sobą czarną twarz turkosa i straszne białka jego oczu. Z uczuć, które w tej chwili ożywiały tego pognębińskiego wojownika, niewiele można by wywróżyć o jego przyszłych czynach.