lektury online

Autorzy lektur o największym dorobku w naszym portalu: Anton Czechow | Dziekoński | Homer | Kraszewski | Sienkiewicz | Nieznany

Czym Lota musi być dla chorego, to czuję po własnym biednym sercu, któremu gorzej się dzieje niż niejednemu, co kona na łożu boleści. Przepędzi ona kilka dni w mieście u pewnej poczciwej damy, która wedle zdania lekarzy zbliża się do swego końca i w tych ostatnich chwilach chce mieć Lotę przy sobie. Odwiedziłem z nią zeszłego tygodnia proboszcza z St., miejscowości leżącej o godzinę drogi stąd w górach. Przybyliśmy tam około czwartej. Lota wzięła z sobą swą siostrę. Gdyśmy wstąpili na probostwo ocienione dwoma orzechami, dobry starzec siedział na ławce przed bramą domu; skoro zobaczył Lotę, jak gdyby ożył na nowo, zapomniał o swej sękatej lasce i zerwał się na spotkanie. Podbiegła ku niemu, zmusiła go, by usiadł, siadając przy nim. Oddała wiele pozdrowień od ojca i pieściła jego brzydkiego, brudnego najmłodszego chłopca, pociechę jego starości. Gdybyś był widział, jak bawiła starego, jak podnosiła głos, by dać się słyszeć jego na wpół głuchym uszom, jak mu opowiadała o młodych, tęgich ludziach, którzy umarli niespodzianie, o świetności Karlsbadu, jak chwaliła jego zamiar udania się tam na przyszłą wiosnę i jak twierdziła, że daleko lepiej wygląda, daleko czerstwiej niż ostatnim razem, gdy go widziała! Ja świadczyłem tymczasem grzeczności pani pastorowej. Stary się ożywił, a ponieważ nie mogłem nie pochwalić pięknych orzechów, które nas tak miło ocieniały, zaczął nam, choć trochę nudnie, opowiadać ich dzieje. — Kto sadził — mówił — ów stary orzech, nie wiemy. Jedni powiadają, że ten, inni, że inny proboszcz. Ten młodszy jednak liczy tyle lat co moja żona: w październiku pięćdziesiąt. Jej ojciec zasadził go rano tego dnia, w którym się urodziła wieczorem. Teść był moim poprzednikiem w urzędzie, a jak to drzewo lubił, nie da się powiedzieć. Ja lubię je z pewnością nie mniej; żona moja siedziała pod nim na belce i robiła pończochę, gdym dwadzieścia siedem lat temu, jako biedny student, po raz pierwszy zaszedł na to podwórze. — Lota spytała o jego córkę. Odpowiedziano, że wyszła z panem Schmidtem na pole do robotników. Stary ciągnął dalej opowiadanie, jak jego poprzednik go polubił i córka także i jak to został najpierw jego wikarym, potem jego następcą. Opowieść ta była bliska końca, gdy panna pastorówna przyszła ogrodem z tak zwanym panem Schmidtem. Przywitała Lotę serdecznie i ciepło i muszę wyznać, podobała mi się dosyć. Żywa, rosła brunetka, która mogła być niezłym towarzyszem dla kogoś spędzającego krótki czas na wsi. Jej narzeczony, gdyż jako taki pan Schmidt przedstawił się zaraz, był to bystry, lecz cichy człowiek, który nie chciał się mieszać do naszej rozmowy, choć go Lota kilkakrotnie do niej wciągała; najbardziej smuciło mnie to, co spostrzegłem z rysów jego twarzy, że to raczej upór i zły humor niż ograniczoność rozumu nie pozwalały mu udzielać się nam. Wkrótce stało się to niestety zbyt wyraźne, bo gdy Fryderyka podczas przechadzki szła z Lotą i na przemian też ze mną, twarz tego pana, która i bez tego była brunatnej barwy, pociemniała tak widocznie, że w pewnej chwili Lota pociągnęła mnie za rękaw i dała mi do zrozumienia, że jestem zbyt uprzejmy wobec Fryderyki. Otóż nic nie jest mi tak przykre, jak kiedy ludzie dręczą się nawzajem, zwłaszcza jeśli młodzi ludzie w kwiecie wieku, gdy powinni być najbardziej chłonni na wszelkie radości życia, psują sobie tych kilka dobrych dni kwaśnymi minami i dopiero gdy jest za późno, rozumieją niepowetowane swe marnotrawstwo. Dręczyło mnie to i gdyśmy pod wieczór wrócili na probostwo, i jedli przy stole kwaśne mleko, a rozmowa zeszła na radość i cierpienie w świecie, nie mogłem nie pochwycić wątku i z całego serca przemówić przeciwko złemu humorowi. — My, ludzie, skarżymy się często — zacząłem — że tak mało jest dni dobrych, a tak wiele złych, jak mi się zdaje, przeważnie niesłusznie. Gdybyśmy zawsze z otwartym sercem przyjmowali dobro, które nam Bóg na każdy dzień gotuje, mielibyśmy także dość siły, by znieść zło, jeśli się zdarzy. — Jednak nie mamy wpływu na własne usposobienie — rzekła pastorowa — wieleż to zależy od ciała! Jeśli ktoś niezdrów, wszędzie mu niedobrze. — Przyznałem jej to. — Uważajmy to więc — ciągnąłem dalej — jako chorobę i pytajmy, czy nie ma na to lekarstwa! — To słuszne — rzekła Lota. — Sądzę przynajmniej, że wiele od nas zależy, wiem to po sobie: gdy mnie coś drażni i czyni mnie cierpką, zrywam się, wyśpiewuję sobie po ogrodzie kilka kontredansów — i już przeszło. — Otóż to chciałem powiedzieć — rzekłem. — Ze złym humorem jest tak, jak z lenistwem, bo jest to rodzaj lenistwa; natura nasza jest bardzo do niego skłonna; a jednak, jeśli raz zdobędziemy się na siłę, by nabrać ducha, robota idzie nam jak po maśle i znajdujemy w pracy prawdziwą przyjemność. — Fryderyka słuchała uważnie, a młody człowiek odparł, że ludzie nie są panami samych siebie i najmniej rządzić mogą swymi uczuciami. — Jest tu mowa o nieprzyjemnym uczuciu — rzekłem — którego przecie każdy rad się pozbyć i nikt nie wie, jak daleko sięgają jego siły, póki ich nie wypróbuje. Niewątpliwie, każdy, kto jest chory, będzie się radził wszystkich lekarzy i nie cofnie się przed największymi ofiarami, i nie odrzuci najbardziej gorzkich leków, by zachować pożądane zdrowie. — Zauważyłem, że poczciwy starzec wysilał słuch, by uczestniczyć w naszej rozmowie; podniosłem głos, zwracając mowę do niego. — Wygłasza się kazania przeciwko tylu zbrodniom — rzekłem — a nie słyszałem nigdy, by występowano z kazalnicy przeciw złemu humorowi.* — To powinni by czynić proboszczowie miejscy — rzekł — chłopi nie miewają złego humoru, jednak nie zaszkodziłoby to także czasami, byłoby lekcją dla ich żon przynajmniej i dla pana komisarza. — Towarzystwo roześmiało się i on z nim równie serdecznie, aż zakaszlał się, co przerwało na czas pewien naszą rozmowę; po czym młody człowiek znów zabrał głos: — Nazwał pan zły humor zbrodnią, zdaje mi się to przesadą. — Zgoła nie — odpowiedziałem — jeśli to, czym się szkodzi sobie i swym najbliższym, zasługuje na to miano. Czy nie dość, że nie umiemy się nawzajem uszczęśliwiać, czyż musimy jeszcze ograbiać się wzajem z przyjemności, którą każde serce czasami samo sprawić sobie może? Pokaż mi pan człowieka, który jest w złym humorze, a przy tym tak dzielny, by go ukrywać, a samemu znosić, nie niszcząc wokół siebie radości! Czy też nie jest to raczej wewnętrzna niechęć do niedostatku własnej godności, niezadowolenia z samego siebie, które zawsze jest związane z zawiścią podszczuwaną przez głupią próżność? Widzimy szczęśliwych ludzi, których nie my uszczęśliwiamy, i to jest nieznośne! — Lota uśmiechnęła się do mnie widząc wzruszenie, z jakim mówiłem, a łza w oku Fryderyki dodała mi (bodźca, by ciągnąć dalej.— Biada tym — rzekłem — którzy posługują | się przemocą, jaką posiadają nad czyimś sercem, by ograbić je z prostych radości kiełkujących w nim samym. Wszystkie podarunki, wszystkie uprzejmości świata nie wynagrodzą jednej chwili zadowolenia z siebie, którą nam zatruła zawistna zgryźliwość naszego tyrana.