Autorzy lektur o największym dorobku w naszym portalu: Anton Czechow | Dziekoński | Homer | Kraszewski | Sienkiewicz | Nieznany
Dzieci miały już udać się na spoczynek, gdy z dala, na oświeconym przez księżyc rynku, ukazały się dwie białe postacie zdążające ku namiotom.
Łagodny dotychczas Saba począł warczeć głucho i groźnie, tak że Chamis na rozkaz pana Rawlisona musiał go znów chwycić za obrożę, a tymczasem dwaj ludzie, przybrani w białe burnusy, stanęli przed namiotami.
-A kto tam? - zapytał pan Tarkowski.
-Przewodnicy wielbłądów - ozwał się jeden z przybyłych.
-Ach! to Idrys i Gebhr? Czego chcecie?
-Przyszliśmy spytać, czy nie będziemy potrzebni na jutro?
-Nie. Jutro i pojutrze są wielkie święta, w czasie których nie godzi się nam robić wycieczek. Przyjdzie pojutrze rano.
-Dziękujemy, efendi.
-A wielbłądy macie dobre? - zapytał pan Rawlison.
-Bismillach! - odpowiedział Idrys - prawdziwe hegin (wierzchowe) o tłustych garbach i łagodne jak ha'-ga (owce). Inaczej Cook nie byłby nas najął.
-Nie trzęsą nadto?
-Można, panie, położyć garść fasoli na grzbiecie każdego z nich i żadne ziarnko nie spadnie w najszybszym biegu.
-Jak przesadzać, to już po arabsku - rzekł śmiejąc się pan Tarkowski.
-Albo po sudańsku - dodał pan Rawlison.
Tymczasem Idrys i Gebhr stali wciąż jak dwie białe kolumny, przypatrując się pilnie Stasiowi i Nel. Księżyc oświecał ich bardzo ciemne twarze, które przy jego blasku wyglądały jakby wykute z brązu. Białka ich oczu połyskiwały zielonawo spod turbanów.
-Dobranoc wam! - rzekł pan Rawlison.
-Niech Allach czuwa nad wami, efendi, w nocy i we dnie.
To rzekłszy skłonili się i odeszli. Przeprowadzało ich głuche, podobne do dalekiego grzmotu warczenie Saby, któremu dwaj Sudańczycy nie podobali się widocznie.