ROZDZIAŁ XI - SZAŁAS W LESIE
W życiu Mary Monteray, tak jak i na wiecznie pogodnym kalifornijskim niebie, mało było zmian. Jeden dzień tak był podobny do drugiego, jak dwaj bracia bliźniacy.
Całą zmianę stanowiło to, że w miarę jak poznając okolicę Mary ośmielała się stopniowo, wycieczki jej myśliwskie stawały się coraz dalsze.
Nie spotkała nigdy nic niebezpiecznego, raz jednak wróciła z lasu niespokojna: zdawało się jej, że ją ktoś śledził.
Niepokój jej wzrósł znacznie, gdy następnego dnia o dziesięć mil angielskich, poniżej strumienia, nad małym jeziorkiem leśnym, przez który strumień przepływał, odkryła szałas. Szałas był świeżo sklecony z giętkich gałęzi wierzbowych, pokrytych na wierzchu kawałkiem pittsburskiego płótna. Obok szałasu dymiło jeszcze świeżo zasypane ognisko.
Gdyby nie płótno, można by przypuszczać, że szałas był indyjskim wigwamem. Dyle bowiem wierzbowe zatknięte były i wiązane na sposób indyjski. Ale i płótno, i wyciski podkutych trzewików świadczyły, że w tym leśnym ustroniu chronił się człowiek biały.
Mary po chwili wahania weszła do środka. Obecność "baby" dodawała jej odwagi.