ROZDZIAŁ X - PRACA I SIELANKA
Upłynęło kilka miesięcy.
W okolicy Lathrop stanęły przy pomocy drwali dwa domy.
W jednym z nich mieszkał Taller z córką, w drugim Mary Monteray ze swymi Murzynami i niedźwiedziem.
Osady te były odległe o dziesięć mil od głównej kolonii drwali, od których też w razie napadu Indian można było mieć pomoc. Ale i miejscowe siły nie były do pogardzenia, załoga bowiem, złożona z czterdziestu silnych jak dęby i zbrojnych Yollofów, mogła długo się bronić.
Kilku strażowało dzień i noc w okolicy, inni zajęci byli wycinaniem dębów, platanów dla oczyszczenia gruntu pod uprawę zbóż dla Tallera.
Stary farmer wziął się gorliwie do roboty. On szukał tam pracy, gdzie miss Monteray - sielanki.
Znaleźli oboje to, czego pragnęli. Mary sama mówiła, że nigdy nie czuła się tak szczęśliwą. Okolica, w której zamieszkali, była jeszcze dziewiczą w całym znaczeniu tego wyrazu. W dzień huczały w niej wprawdzie tartaki, które dziesięć mil dalej drwale powznosili na biegu strumienia "Czerwonych Skór", ale gdy tartaki milkły, żaden odgłos życia ludzkiego nie przerywał wielkiego spokoju tej pustyni. Nocą maukawisy (przedrzeźniacze) napełniały potokami trelów głuszę leśną lub czasem spomiędzy skał odzywał się ryk pumy. Miejscowość była ślicznie wybraną. Domy stały w dolinie po obu brzegach strumienia, czystego jak kryształ i obrośniętego płaczącymi wierzbami, ale właśnie w tym miejscu, gdzie strumień spadając z wynioślejszego tarasu tworzył aż trzy dość znaczne kaskady. Nad kaskadami zwieszały się całe festony i kotary lianów pomieszanych z łodygami "wachtii" o kwiatach pysznych, purpurowych. Podnóża czerwonawych skał granitu okrywały małe, ale nieprzebyte gaiki dzikich róż.