Autorzy lektur o największym dorobku w naszym portalu: Anton Czechow | Dziekoński | Homer | Kraszewski | Sienkiewicz | Nieznany
- O, słodki przyjacielu! - rzekł Sędziwoj sam do siebie. - Pięćdziesiąt funtów złota! Jakże przyjaźń jest tanią.
Lecz i list ten tylko w większy go labirynt domysłów pogrążył, a tymczasem coraz więcej donoszono mu wieści o śmierci hrabiego Reudlina i śledzeniu mordercy.
Wieczorem Sędziwoj samotny, zamyślony siedział w swej pracowni, kiedy Jan zadyszany z przestrachem na twarzy wpadł wołając:
- Paniczu! dla Boga ratuj się, uciekaj! szukają cię; oto pachołcy miejscy idą już do tego domu, za nimi cała ćma ludu, srodze na ciebie wyrzekają; zaledwo zdołałem tu przed nimi ubiec.
Z pracowni jednak nie było żadnego osobnego wyjścia, żadnej kryjówki, a na dole słychać już gwar natarczywego motłochu; już w okienka laboratorium uderzał blask pochodni, które nieśli. Jan wybiegł jeszcze szukać jakiego sposobu wyprowadzenia swego pana; Sędziwoj przypasał szablę i widząc, iż nie ma nadziei wymknięcia się, oczekiwał wypadku ze spokojnością, jaką tylko przeświadczenie o własnej niewinności nadaje. Już na wschodach i w sieni słychać było szczęk żelaza o kamienne stopnie, gdy wtem na progu ukazał się Kosmopolita. Ze zwykłą powagą i spokojnością przystąpił do stołu, zagasił lampę i z wydobytej kryształowej flaszeczki prysnął jakimś płynem na portret Tholdena, a później wziąwszy za rękę Sędziwoja cofnął się z nim w głąb, w róg pracowni. Portret w ciemności zaczął jaśnieć coraz żywiej, jakby dziwne jakie światło z niego wypływało, wnet fale tego błękitnego, mdłego blasku wypełniły cały pokój. Sędziwojowi zdało się, iż ściany komnaty rozszerzają się, oddalają coraz dalej, przedmioty bledną, a on jakby z niezmiernej odległości tylko przypatrywał się przez lunetę temu, co ma nastąpić. - Czereda siepaczy dom cały przetrząsnęła i na końcu z pochodniami wstąpiła do pracowni; lecz wnet gwar ich ucichł, spoglądali po sobie, a na ich twarzach widać było jakąś wewnętrzną nagłą trwogę. Śmielsi przejrzeli wszystkie kąty pracowni, kilka razy przeszli obok Kosmopolity i Sędziwoja nie spostrzegając ich; temu ostatniemu zdawało się, iż jakaś gazowa zasłona oddziela go od szukających. W końcu też wyszli wszyscy. Najuporczywszym był Bodenstein.
- To dziwna, niepojęta! - rzekł wychodząc do któregoś z pachołków - Od dwóch godzin pilnowałem wejścia tego domu, wiem, iż nigdzie nie wyszedł.
Tu muszą być jakieś czary. Mnie strach przechodzi!
Długo jeszcze dom cały przetrząsano, wreszcie zniecierpliwieni siepacze rozeszli się. Głosy ich i brzęki orężów ucichły już po oddaleniu się w odległości, Kosmopolita puścił rękę Sędziwoja, zapalił lampę na stole i wolno wyszedł.
Młodzieniec dotykał sam siebie, nie dowierzał sobie, czy nie był pod wpływem jakiegoś snu zwodniczego, który go przeniósł na chwilę do cudownej nadziemskiej krainy, z której tak niepostrzeżenie i nagle na powrót wrócił do pracowni. Lecz chwilowy ten pobyt w krainie mgły niezatartą już w nim na wieki uczynił zmianę.