Dzień sześćdziesiąty czwarty
Nazajutrz nie zaniechałem udać się do kopalni...
Nazajutrz nie zaniechałem udać się do kopalni, gdzie przez cały dzień gorliwie wykonywałem rzemiosło górnika. Wieczorem poszedłem do szejka i prosiłem go, aby dalej raczył opowiadać, co też uczynił w tych słowach:
DALSZY CIĄG HISTORII SZEJKA GOMELEZÓW
Mówiłem ci, że otrzymałem od mego ojca list, z którego dowiedziałem się, że moja wróżka jest kobietą. Znajdowałem się naówczas w Gadames. Sid-Ahmet wyprawił się ze mną do Fezanu, kraju większego od Gadames, ale mniej żyznego, i gdzie mieszkańcy są wszyscy czarni. Stamtąd udaliśmy się do oazy Ammona, gdzie musieliśmy czekać na wiadomości z Egiptu. Ludzie wysłani przez nas powrócili po dwóch tygodniach z ośmioma dromaderami. Chód tych zwierząt był nie do wytrzymania, trzeba go było jednak znosić przez osiem godzin bez przerwy. Gdy zatrzymaliśmy się, dano każdemu dromaderowi kulkę z ryżu, gumy i kawy; wypoczęliśmy przez cztery godziny i znowu ruszyliśmy w drogę.
Trzeciego dnia stanęliśmy w Bahr-bela-ma, czyli na morzu bez wody. Jest to szeroka dolina piaszczysta i pokryta muszlami; nie spostrzegliśmy żadnego śladu ani roślin, ani zwierząt. Wieczorem przybyliśmy na brzegi jeziora obfitującego w natron, który jest rodzajem soli. Tam porzuciliśmy naszych przewodników i dromadery i przepędziłem noc sam na sam z Sid-Ahmetem. O świcie przybyło ośmiu krzepkich ludzi, którzy posadzili nas na noszach dla przeniesienia przez jezioro. Postępowali jeden za drugim, gdzie bród zdawał się dość wąski. Natron kruszył się pod ich stopami, które jednak dla ochronienia od ran poowiązywali skórami. Tym sposobem niesiono nas dłużej niż przez dwie godziny. Jezioro wychodziło w dolinę osłoniętą dwiema skałami z białego granitu, po czym ginęło pod wielkim sklepieniem, utworzonym przez naturę, ale wykończonym ręką ludzką.