Dzień sześćdziesiąty trzeci
Z rana znowu wysiano mnie do podziemia...
Z rana znowu wysiano mnie do podziemia. Ile mogłem, tyle złota wykułem; zresztą przyzwyczaiłem się już do tej pracy, całe dnie bowiem tylko przy niej spędzałem. Wieczorami chodziłem do szejka, gdzie zastawałem moje kuzynki. Prosiłem go, aby da-' lej raczył mi opowiadać swoje przygody, co też uczynił w tych słowach:
DALSZY CIĄG HISTORII SZEJKA GOMELEZÓW
Zaznajomiłem cię z historią naszych podziemi, na ile samemu mi jest wiadoma, teraz zaś opowiem ci własne moje przygody. Urodziłem się w obszernej jaskini, przyległej do tej, w której się znajdujemy. Światło pochyło do niej wpadało, nieba wcale nie było widać, ale wychodziliśmy między rozpadliny skał oddychać świeżym powietrzem, gdzie pokazywała się cząstka sklepienia niebieskiego, a często nawet i słońce. Mieliśmy na powierzchni małą kwaterę, na której uprawialiśmy kwiaty. Mój ojciec był jednym z sześciu naczelników rodzin. Na mocy tego wraz z całą rodziną mieszkał w podziemiu. Krewni jego zamieszkiwali doliny i uchodzili za chrześcijan. Niektórzy osiedlili się na przedmieściu Grenady, zwanym Albaycin. Wiesz, że nie ma tam wcale domów, a mieszkańcy zajmują wydrążenia skalne na pochyłości góry. Kilka z tych szczególnych mieszkań łączyło się z pewnymi jaskiniami, które dochodziły aż do naszego podziemia. Najbliżsi mieszkańcy co piątek schodzili się do nas na wspólną modlitwę, dalsi przybywali tylko na wielkie uroczystości.