Rozdział VII
Kirilin i Aczmijanow wspinali się ścieżką na górę. Aczmijanow pozostał w tyle i przystanął, a Kirilin podszedł do Nadieżdy...
Kirilin i Aczmijanow wspinali się ścieżką na górę. Aczmijanow pozostał w tyle i przystanął, a Kirilin podszedł do Nadieżdy.
– Dobry wieczór! – przywitał ją salutując.
– Dobry wieczór.
– Taak! – mruknął, patrząc w zamyśleniu na niebo.
–Co: taak? –zapytała po chwili milczenia. Nadieżda zauważywszy, że Aczmijanow obserwuje ich oboje.
–A więc –rzekł powoli oficer – nasza miłość zwiędła, nie zaznawszy, że tak powiem,
rozkwitu. Jak to mam rozumieć? Czy to z pani strony swego rodzaju kokieteria, czy też uważa mnie pani za szałaputa, z którym można postępować, jak się chce?
–To była pomyłka! Proszę mi dać spokój! –powiedziała ostro Nadieżda i w ten piękny,
cudowny wieczór popatrzyła na Kirilina przerażonym wzrokiem, ze zdumieniem zapytując
siebie samej: czy naprawdę istniała taka chwila, kiedy ten człowiek podobał jej się, a nawet
był bliski?
–Taak! –powtórzył Kirilin; postał chwilę w milczeniu, namyślił się i powiedział: –Cóż!
Poczekamy, aż pani będzie w lepszym humorze, a tymczasem ośmielam się panią zapewnić,