Rozdział V
Nadieżda Fiodorowna szła rano do kąpieli, a za nią sunęła jej kucharka Olga z dzbanem, z miedzianą miednicą, gąbką i prześcieradłami. Na redzie stały jakieś dwa nieznane statki o brudnych białych kominach...
Nadieżda Fiodorowna szła rano do kąpieli, a za nią sunęła jej kucharka Olga z dzbanem, z
miedzianą miednicą, gąbką i prześcieradłami. Na redzie stały jakieś dwa nieznane statki o
brudnych białych kominach, prawdopodobnie cudzoziemskie towarowe. Jacyś mężczyźni w
białych ubraniach, w białych butach chodzili po przystani i głośno krzyczeli po francusku, a
ze statków coś im odhukiwano. W miejskiej cerkiewce wesoło dzwoniły dzwony.
„Dzisiaj niedziela! ” – przypomniała sobie z zadowoleniem Nadieżda.
Czuła się zupełnie zdrowa i była w świetnym, prawdziwie świątecznym humorze. Nowa
szeroka suknia z szorstkiej męskiej czesuczy i duży słomkowy kapelusz o szerokich brzegach
tak mocno przygiętych ku uszom, że twarz jakby wychylała się z koszyka, dodawały Nadieżdzie miłego przeświadczenia o własnym wdzięku. Uważała, że w całym mieście jest tylko
jedna młoda, ładna, inteligentna kobieta –właśnie ona. I że tylko ona jedna umie ubrać się
tanio, wykwitnie i ze smakiem. Na przykład ta suknia kosztuje zaledwie dwadzieścia dwa
ruble, a przecież arcywdzięczna! W całym mieście może się podobać tylko jedna Nadieżda