Rozdział IV
Diakon był bardzo skory do śmiechu i od byle głupstwa śmiał się do kolek w brzuchu, do łez. zdawało się...
Diakon był bardzo skory do śmiechu i od byle głupstwa śmiał się do kolek w brzuchu, do
łez. zdawało się, że wśród ludzi lubił przebywać tylko dlatego, że mają swoje śmieszne strony
i że wszystkim można nadawać śmieszne przezwiska. Samojlenkę przezwał tarantulą, jego
ordynansa –kaczorem i nie posiadał się z zachwytu, gdy von Koren wyraził się kiedyś o Łajewskim i Nadieżdzie Fiodorownie, że to makaki. Diakon bacznie wpatrywał się w twarze
rozmawiających, słuchał nie mrugnąwszy powieką i widać było, jak oczy rozszerza mu
uśmiech, a twarz tężeje w oczekiwaniu – kiedy można będzie nareszcie wyśmiać się do woli.
–To rozwiązły, zdeprawowany typ – ciągnął zoolog, a diakon, oczekując śmiesznych wy
rażeń, wpił się oczami w jego twarz. –Rzadko się spotyka takie zera. Ciało ma anemiczne,
cherlawe, starcze, a pod względem intelektu niczym się nie różni od grubej kupcowej, która
tylko żre, pije, śpi na pierzynie i utrzymuje stosunek miłosny ze swoim stangretem.
Diakon znów wybuchnął śmiechem.
–Proszę się nie śmiać, diakonie. – powiedział von Koren –to naprawdę niemądre. Żadnej