Rozdział XXI
Upłynęło trzy miesiące z górą. Nadszedł dzień, w którym von Koren miał wyjechać. Od wczesnego rana padał rzęsisty,...
Upłynęło trzy miesiące z górą.
Nadszedł dzień, w którym von Koren miał wyjechać. Od wczesnego rana padał rzęsisty,
zimny deszcz, dął północno wschodni wiatr i na morzu rozkołysała się wielka fala. Mówiono,
że w taką pogodę parowiec chyba nie zatrzyma się na redzie. Według rozkładu miał przyjść
koło dziesiątej rano, ale von Koren, który zaglądał do przystani w południe i po obiedzie, nie
mógł dojrzeć przez lunetę nic poza szarymi falami i deszczem zasnuwającym horyzont.
Pod wieczór deszcz ustał, a wiatr zaczął się uciszać. Von Koren już pogodził się z myślą,
że dziś nie wyjedzie, i zasiadł z Samojlenką do szachów; ale kiedy się ściemniło, ordynans
zameldował, że na morzu ukazały się światła i że widziano rakietę.
Von Koren zaczął się spieszyć. Przerzucił torbę przez ramię, wycałował Samojlenkę i diakona, nie wiedzieć po co obszedł wszystkie pokoje, pożegnał się z ordynansem i z kucharką i
wyszedł na ulicę, mając uczucie, że coś zapomniał u doktora czy też u siebie w mieszkaniu.
Na ulicy szedł obok Samojlenki, za nimi diakon ze skrzynią, a dalej ordynans z dwiema wali