Rozdział XIX
–Pierwszy raz w życiu widzę coś podobnego! Jak pięknie! – powiedział von Koren, wychodząc na polanę i wyciągając obie ręce ku wschodowi. – Patrzcie: zielone promienie! Na wschodzie zza gór wyłoniły się dwa zielone promienie i to istotnie było piękne. Wschodziło słońce...
–Pierwszy raz w życiu widzę coś podobnego! Jak pięknie! – powiedział von Koren, wy
chodząc na polanę i wyciągając obie ręce ku wschodowi. – Patrzcie: zielone promienie!
Na wschodzie zza gór wyłoniły się dwa zielone promienie i to istotnie było piękne.
Wschodziło słońce.
–Dzień dobry! – ciągnął zoolog skinąwszy głową sekundantom Łajewskiego. –Czy nie
spóźniłem się?
Za nim szli jego sekundanci, Bojko i Goworowski, dwóch bardzo młodych oficerów, jednakowego wzrostu, w białych mundurach, i mizerny odludek, doktor Ustimowicz, który jedną
ręką dźwigał jakiś tobołek, a drugą założył do tyłu; laskę trzymał jak zwykle wzdłuż pleców.
Ulokowawszy tobołek na ziemi i nie witając się z nikim, drugą rękę również założył do tyłu i
zaczął maszerować po polanie.
Łajewski był zmęczony i czuł się dość niezręcznie w sytuacji człowieka, który niebawem
może umrzeć i dlatego ściąga na siebie powszechną uwagę. Chciałby, żeby go albo prędzej
zabili, albo odwieźli do domu. Po raz pierwszy w życiu widział wschód słońca; ten wczesny