Rozdział XIV
– No, już czas na winta.Czekają na mnie – oznajmił Łajewski. – Do widzenia państwu. – Ja też idę, chwileczkę – powiedziała Nadieżda i wzięła go pod rękę...
– No, już czas na winta.Czekają na mnie – oznajmił Łajewski. – Do widzenia państwu.
– Ja też idę, chwileczkę – powiedziała Nadieżda i wzięła go pod rękę.
Pożegnali się z resztą towarzystwa i odeszli. Kirilin również pożegnał się, powiedział, że
idzie w tę samą stronę, i poszedł razem z nimi.
„Co ma być, to będzie.– myślała Nadieżda. – Niech tam.”
Wydało jej się, że wszystkie niedobre wspomnienia wymknęły się z jej głowy na zewnątrz,
idą obok niej w ciemności i ciężko dyszą, a ona jak mucha, która wygrzebała się z atramentu,
pełznie z trudem po bruku i plami na czarno bok i rękę Łajewskiego. Jeżeli Kirilin – myślała
–uczyni coś złego, to nie on będzie winien, tylko ona sama. Przecież był czas, kiedy żaden
mężczyzna nie śmiał rozmawiać z nią tak jak Kirilin i ona sama rozdarła ten czas jak nitkę,
zniszczyła go bezpowrotnie – któż jest temu winien? Odurzona pragnieniami zaczęła uśmiechać się do zupełnie nieznajomego człowieka, chyba tylko dlatego, że był postawny i wysoki,
po dwóch schadzkach już poczuła się znudzona i rzuciła go, czyż więc on –myślała teraz –