Autorzy lektur o największym dorobku w naszym portalu: Anton Czechow | Dziekoński | Homer | Kraszewski | Sienkiewicz | Nieznany
"Ptaki Afrodyty!" - usłyszy nad sobą. Wyjrzał ku niej zezem.
Nurza się oto stopami w rojnym puchu gołębich skrzydeł. A te jej ręce opalone na brąz, z palcami, by jaszczurki, ślizgają się po bieli obnażonego ciała niczym tamte gadziny po kolumn marmurze: przesuwa je sobie spod piersi na biodra i uda, powiadając swym głosem głębokim:
"Natarłam się dla cię miętą i tymianem." Jemu i bez tego drgały już nozdrza. Lecz gdy się zerwał do niej, odwiała wstecz - jak tamte. Lub może tak mu się tylko wydało w tej rozchwiei błysków i migotań południowej pory. Bo gdy niedawno, w bluszczu ciemnej kaskady zdała się tylko cieleśniejsza barwą od tamtej w kamieniu, tu się tak wyzłaca promieńmi, tak nasrebrza powietrznymi fiolety, tak się zgoła upowietrznia cała - że zda się prawdziwie jak tamte prządki słoneczne.
Rozchwiała się na kibici jej szyja i główka śród ramion wzniesionych jak pąk w rozchyleniu pierwszych płatów kielicha. I zdawać się mogło, że między jej rękoma nad głową rozsnuwają się tęczą nici złudy wszystkobarwne, że w tych ramion kwietnym ku górze rozwarciu trzepoce się motyl w kielich zabłąkany.