Autorzy lektur o największym dorobku w naszym portalu: Anton Czechow | Dziekoński | Homer | Kraszewski | Sienkiewicz | Nieznany
Więc by bogu i im może wygodzić, przysiadł było Pan na głazie, podwinął rac pod kolano drugie, odął gębę przy fletni, wytrzeszczył ślepia w zapamiętałości grania i dmie.
Z nawilgłych, rechotliwie przelewnych tonów fletni tchnie ros i rześkości na poły jeszcze rozmarzony wiew - porankowy zew: świtanie!
I nowych świtów zjawą wywołuje przed oczy tę nimfę a Muzę najmłodszą: chłopię prawie, o ruchach jeszcze całkiem niegiętkich. Dwie dziewanny, za pochodnie dwie, pręży oto w ramionach, wytrząsa z nich rosy jak tony złotych dzwonów idącego ranka. I dodzwaniając ochotę pozłocistych kędziorów wstrząsem na wyskokach, wywabia z roś cykady ocknięto, by w wirze ich skrzydeł z płomieni pędzić przed sobą gnuśne opary świtania, ponosić się za nimi gwiazdą tańczącą - pod ten fletniowy krzyk radosnosci młodej:
Evoe-Bacche!....
Bezsłowna już teraz mowa muzyki dosnuwała goliardowi rojenia słoneczne: gęśle rybałtowe grały mu w piersiach posłowie strunne - na przymierze z wszechradością życia.
I rzeźwiły mu skronie.
Długo trwało, zanim się spostrzegł, że tą zwiewną pieszczotą darzy go ochłoda dłoni jakowychś, które mu kaptur z głowy ściągnęły i muskają czoło. "Wypogodziła się wreszcie ta frasobliwa głowa?" "Nie do ciebie wcale!"