Rozdział trzynasty
Ulica Krochmalna o tej porze była całkiem pusta. I nie dziw, bo minęła północ a mieszkańcy tej dzielnicy już o szóstej wstają do pracy. W nikłym świetle gazowych latarń stały śpiące kamienice z czerwonej cegły. Z rzadka rozlegały się kroki przechodnia śpieszącego do domu.
Tylko w jednej bramie stali trzej mężczyźni. Stali w milczeniu, oparci o mur. Czekali. Można by było pomyśleć, że zdrzemnęli się, gdyby nie trzy żarzące się punkty papierosów.
Wtem doszedł do ich uszu odgłos ciężkich kroków. Ktoś szedł od strony ulicy Żelaznej. Jeden z oczekujących w bramie przykucnął i ostrożnie wychylił głowę tuż nad ziemią, po czym cofnął się i szepnął:
- Jest.
Kroki zbliżały się i po minucie ujrzeli niskiego, grubego człowieka w czarnej jesionce. Gdy minął bramę, wysunęli się za nim.
Obejrzał się.
- Panie - zawołał szczupły blondyn - ma pan zapałkę?
- Mam - odparł tamten i przystanął, sięgając do kieszeni.
- Pan się nazywasz Boczek? - nagle zapytał blondyn. Grubas przyjrzał się mu.
- SkÄ…d pan mnie zna?
- Skąd, a stąd, draniu, że mordy nie trzymasz na kłódkę!