Rozdział siódmy
Był to obszerny gabinet w stylu Ludwika Filipa, o ciemnych zielonych tapetach i wysokich oknach, oszklonych do samej podłogi.
Przy szerokim biurku, z brodą wspartą na obu rękach siedział pan minister Jaszuński, słuchając w milczeniu cichego, równomiernego głosu urzędnika, który już od godziny referował zwierzchnikowi stan rzeczy w polityce rolnej.
Co pewien czas urzędnik odkładał notatnik i wyjmując z grubej teki wycinki gazet odczytywał różne ustępy, w których często powtarzały się liczby i takie słowa, jak: eksport, cetnar metryczny, pszenica, stan katastrofalny itp.
Treść referatu musiała być niewesoła, gdyż na czole ministra zarysowała się głęboka bruzda, która nie znikła nawet wówczas, gdy usta uśmiechały się, wymawiając uprzejmie podziękowanie za tak starannie przygotowany referat.
Po powrocie z zagranicy minister Jaszuński zastał w swoim resorcie sytuację niemal groźną. Opłakany stan rolnictwa i perspektywy ogromnego urodzaju wywołały zaciekłe ataki prasy opozycyjnej, a nawet pomruki niezadowolenia w dziennikach najbardziej zbliżonych do rządu.