Rozdział pierwszy
Właściciel restauracji dał znak taperowi i tango urwało się w połowie taktu. Tańcząca para zatrzymała się w środku ringu.
- No i co, panie dyrektorze? - zapytała szczupła blondynka, wyzwalając się z ramion partnera i podchodząc do stolika, na którym pół-siedział gruby człowiek o spoconej twarzy.
Właściciel wzruszył ramionami.
- Nie nada się? - lekko rzuciła blondynka.
- Pewno, że nie. Drygu nijakiego nie ma ani szyku. Żeby choć jaki przystojny był...
Zbliżył się tancerz.
Blondynka przyjrzała się uważnie jego mocno znoszonemu ubraniu, rzednącym włosom, koloru włoskiego orzecha, z lekka kędzierzawym i rozdzielonym na środku głowy, wąskim ustom i silnie rozwiniętej szczęce dolnej.
- A pan już gdzie tańczył?
- Nie. To jest, tańczyłem, ale prywatnie. Nawet mówili, że dobrze...
- Ale gdzie? - obojętnie zapytał właściciel restauracji. Kandydat na fordansera obrzucił smutnym wzrokiem pustą salę.
- W swoich stronach, w Łyskowie. Grubas roześmiał się.
- Warszawa, panie drogi, nie żaden Łysków. Tu trzeba elegancko, panie drogi, z szykiem, z fasonem. Szczerze panu powiem: nie nadajesz się pan. Lepiej poszukaj pan sobie innej roboty.