Autorzy lektur o największym dorobku w naszym portalu: Anton Czechow | Dziekoński | Homer | Kraszewski | Sienkiewicz | Nieznany
Najwięcej biedy było zawsze z wymawianiem dyftongów: en, an. Przy nich też zawsze bambus profesorski wywoływał grzmoty, rozlegające się po całym budynku szkolnym.
Profesor układał i wymawiać kazał zdania dziwaczne, służyć mające do gimnastyki języków.
- L'enfant en venant sentit le sentiment...
Na dziesięciu malców jeden zaledwie umiał nadać słowom brzmienie właściwe. Reszta wymawiała je tak:
- Ląfą ą weną sąti le sątimą...
- Kapuściane głowy! - krzyczy profesor. - Drewniane języki! Krowy wam paść, parole!
Najlepszą pronuncjację miał Szabuński, którego matka była madamą, to znaczy utrzymywała dwuklasową pensję dla panien. I on jednak niezupełnie zadawalał profesora.
- Nieźle... parole!... nieźle - chwalił Luceński. - Ale daleko ci jeszcze, mój Szabasiński, do doskonałości. To trzeba wymawiać inaczej: nosowo... jak najbardziej nosowo: 1'enfaant!... sentimaaant!...
Szabuński, żywy brunecik, był najśmielszy do profesora, który bywał u jego matki - miał się nawet podobno żenić z jego ciotką...
Gdy Luceński popisywał się swym nosowym wymawianiem - on przerwał odważnie: