lektury online

Autorzy lektur o największym dorobku w naszym portalu: Anton Czechow | Dziekoński | Homer | Kraszewski | Sienkiewicz | Nieznany

VIII. SZKICE AMERYKAŃSKIE I

Przybycie w góry. Robinson Kruzoe. Widoki. Skały. Początek podróży. Podróż po miastach i podróż w pustyni. Kraniec cywilizacji. Pas ucywilizowany. Szerokość i długość szlaku. Sierra Nevada jako granica. Mount Diablo. Widoki z Mount Diablo. Miasto. Fermy. Ku południowi pas zwęża się. Brzeg morski. Rozłożenie się ludności. Góry. Kaniony górskie. Santa Ana River jako granica szlaku. Pod lynchem. Klemy górskie. Warunki rządowe. Przyczyny niezaludniania się klemów. Bezdroża. Czym jest właściwie kanion. Polany górskie. Gardziele i potoki. Bujność roślinności. Świat zwierzęcy. Życie w kanionach. Lasy w kanionach. Rodzaje drzew. Osadnicy. Trudności założenia osady. Skwaterowie. Skwaterowie-koczownicy i skwaterowie-osadnicy. Życie koczowników, ich obyczaje, stosunki, prawa. "Wujaszek lynch". Co "wujaszek" pozwala, czego nie pozwala? Skąd płynie lynch? Charakter Amerykanów. Skłonność do samopomocy. Przykłady. Energia narodu. Znaczenie społeczne lynchu. Różnice między skwaterami. Skwater kalifornijski. Jego wady i przymioty. Charakter. Mała ilość. Meksykanie. Indianie. Gospodarstwa. Hodowla i pasiecznictwo. Gospodarstwa pszczelne i ich korzystność. Piękność dolin

Góry Santa Ana, z których przesyłam list obecny, stanowią południową część ogromnego pasma ciągnącego się w rozproszonych rzutach i pod rozmaitymi nazwami od Oregonu aż do
południowej Kalifornii i meksykańskiej Sonory. Przybyłem tam z Anaheim Landing wraz z gospodarzem moim, Maxem Neblungiem. Przybyliśmy późną już nocą, ale noc ta, pierwsza przepędzona w okolicy dzikiej i zupełnie bezludnej, zostawiła mi niezatarte wrażenie. W poprzednim liście wspomniałem już, że zatrzymaliśmy się u pewnego skwatera, którego odtąd stale będę nazywał Robinsonem, żyje bowiem zupełnie samotny, mieszkając pod namiotem, a za całe towarzystwo mając tylko psa i karabin. Nowy mój Robinson jest to dżentelmen już niemłody, lat około pięćdziesięciu, wyglądający zupełnie tak, że gdybym go spotkał w której z moich wycieczek, bez wahania chwyciłbym za rewolwer. Ubrany był we flanelową koszulę, w spodnie ze skóry daniela i w podarty meksykański kapelusz, którego wystrzępione kolisko zakrywało twarz zarosłą i groźną. Skoro Max poznajomił nas wzajemnie, skwater uścisnął silnie moją rękę i wyrzekłszy zwykłe "Halo!" - odszedł zaraz do wąwozu rozniecić ognisko i przygotować dla nas wieczerzę, my zaś z Maxem zajęliśmy się rozsiodłaniem naszych mustangów, które przywiązaliśmy na długich lasso do drzewa. Konie poczęły chrupać koniczynę obficie rosnącą pod dębami, my zaś, zapaliwszy fajki, siedliśmy pod namiotem czekając na wieczerzę.