Rozdział XVIII KALCHAS
Komik Wasilij Wasiliewicz Swietłowidow, tęgi, krzepki, pięćdziesięcioletni starzec, obudził się i ze zdziwieniem spojrzał dokoła siebie. Po obydwu stronach stojącego przed nim niewielkiego lustra dopalały się dwie stearynowe świece. Nieruchome, leniwe płomyczki mętnie oświetlały niewielki pokoik o malowanych drewnianych ścianach, pełen dymu tytoniowego...
Komik Wasilij Wasiliewicz Swietłowidow, tęgi, krzepki, pięćdziesięcioletni starzec, obudził
się i ze zdziwieniem spojrzał dokoła siebie. Po obydwu stronach stojącego przed nim
niewielkiego lustra dopalały się dwie stearynowe świece. Nieruchome, leniwe płomyczki
mętnie oświetlały niewielki pokoik o malowanych drewnianych ścianach, pełen dymu tytoniowego
i mroku. Dokoła widniały ślady niedawnego spotkania Bachusa z Melpomeną, spotkania
tajemniczego, lecz burzliwego i potwornego jak występek. Na krzesłach i na podłodze
poniewierały się surduty, spodnie, arkusze gazetowe, palto z kolorową podszewką, cylinder.
Na stole panował dziwny chaotyczny nieporządek: tłoczyły się bezsensownie puste butelki,
szklanki, trzy wieńce, pozłacana papierośnica, podstawka do szklanki, bilet loteryjny z zamoczonym
rożkiem, futerał ze złotą szpilką. Cała ta mieszanina była obficie obsypana niedopałkami,
popiołem, drobnymi strzępkami podartego listu. Sam Swietłowidow siedział w fotelu w
stroju Kalchasa.
„O, rety! Przecież jestem w garderobie! – powiedział komik rozglądając się. – A to ci