Rozdział XV ZEMSTA
Było to w dniu benefisu naszej ingénue. O godzinie dziesiątej rano przed jej drzwiami stał komik. Nasłuchiwał i wielkimi pięściami walił w obie połowy drzwi. Musiał koniecznie widzieć ingénue. Żeby nie wiem jak chciało jej się spać, musi wyleźć spod kołdry...
Było to w dniu benefisu naszej ingénue.
O godzinie dziesiątej rano przed jej drzwiami stał komik. Nasłuchiwał i wielkimi pięściami
walił w obie połowy drzwi. Musiał koniecznie widzieć ingénue. Żeby nie wiem jak chciało jej
się spać, musi wyleźć spod kołdry...
– Proszę otworzyć, do diabła! Czy długo jeszcze mam marznąć na tym wietrze? Gdyby pani
wiedziała, że w tym korytarzu jest dwadzieścia stopni mrozu to nie kazałaby mi czekać tak
długo! A może pani nie ma serca?
Piętnaście po dziesiątej komik usłyszał głębokie westchnienie. Po westchnieniu usłyszał
skok z łóżka i człapanie pantofli.
– O co chodzi? Kto tam?
– To ja...
Komik nie musiał wymieniać swego nazwiska. Łatwo można go było poznać po głosie syczącym
i świszczącym jak u chorego na dyfteryt.
– Proszę poczekać, zaraz się ubiorę...
Po kilku minutach wpuszczono go. Wszedł, ucałował rękę ingénue i usiadł na łóżku.
– Mam do pani interes – zaczął zapalając cygaro. – Jeśli przychodzę, to tylko w interesie,
chodzenie na wizyty pozostawiam panom próżniakom. Ale do rzeczy... Gram dziś hrabiego w