Autorzy lektur o największym dorobku w naszym portalu: Anton Czechow | Dziekoński | Homer | Kraszewski | Sienkiewicz | Nieznany
-Mój Boże! jak to smutno będzie bez panicza!
-Przyjadę na Wielkanoc - odpowiedziałem szorstko niskim, nie swoim basem.
-A do Wielkanocy tak daleko.
-Wcale niedaleko - mruknąłem.
W tej chwili wpadł Mirza, a za nim ojciec mój, ksiądz Ludwik, pani d'Yves i jeszcze kilkoro ludzi. Wyrazy: "siadać! siadać!" zabrzmiały mi w uszach. Wyszliśmy wszyscy na ganek. Tu ojciec, ksiądz Ludwik brali mnie po kolei w ramiona. Gdy przyszła kolej żegnania się z Hanią, miałem niepohamowaną ochotę porwać ją w objęcia i ucałować po dawnemu, ale nie zdobyłem się i na to.
-Bądź zdrowa, Haniu - rzekłem podając jej rękę, a w duszy płakało mi sto głosów i sto najczulszych pieszczonych wyrazów na ustach.
Nagle spostrzegłem, że dziewczynka płacze i również nagle ozwał się we mnie ten przekorny szatan, ta niepohamowana chęć do rozdrapywania ran własnych, jakiej nieraz doświadczyłem później w życiu; więc choć serce pękało w kawałki, odezwałem się zimno i szorstko:
-Nie rozczulajże się bez powodu, moja Haniu - to rzekłszy siadłem do sanek.
Tymczasem Mirza żegnał się ze wszystkimi. Przybiegłszy do Hani, porwał jej obie ręce i mimo że dziewczynka się wydzierała, począł całować zapamiętale to jedną, to drugą. Ach! jakąż miałem ochotę wybić go w tej chwili. Wycałowawszy Hanię, wskoczył do sanek. Ojciec krzyknął: "ruszaj!" Ksiądz Ludwik począł żegnać nas krzyżykiem na drogę. Furman krzyknął: "hetta! ho!" na konie; zabrzęczały dzwonki, zaszumiał śnieg pod płozami i ruszyliśmy w drogę.
-Łotrze! rozbójniku! - zacząłem wołać na się w duszy. -Tak to pożegnałeś swoją Hanię! dokuczyłeś jej, połajałeś za łzy, których jesteś niewart... za łzy sieroce...
Podniosłem kołnierz od futra i rozpłakałem się sam jak małe dziecko, ale cicho, bo bałem się, żeby nie schwytał mnie na płaczu Mirza; pokazało się jednak, że Mirza widział to doskonale, tylko że sam był wzruszony, więc nie powiedział mi nic na razie. Nie dojechaliśmy jeszcze jednak do Chorzel, gdy ozwał się:
-Henryk!
-Co?
-Beczysz?
-Daj mi pokój.
I znowu zapanowało między nami milczenie. Ale po chwili Mirza znów:
-Henryk!
-Co?
-Beczysz?
Nie odpowiedziałem nic; nagle Mirza pochylił się, złapał ręką śniegu, podniósł mi czapkę, rozprószył mi śnieg na głowie i przykrył ją znowu mówiąc:
-To cię ochłodzi.