lektury online

Autorzy lektur o największym dorobku w naszym portalu: Anton Czechow | Dziekoński | Homer | Kraszewski | Sienkiewicz | Nieznany


********************************************************************************************************

-Czy pan zyskuje na oddaleniu obcych? - spytała Fania Iwaszkiewicza.
-Ja? - nie! z początku tracę.
-Więc któż na tym zyskuje?
-Ogół.

********************************************************************************************************

-Więc pan istotnie zyskał na kolonizacji? - pytała pani Bujnicka.
-Ja zyskałem bardzo wiele.
-Czyżby kto stracił?
-Ogół - powtórzył, przechylając się ku Fani Iwaszkiewicz, zanim Złotopolski zdołał powtórzyć, że jego zdaniem stracili koloniści.
Nastąpiła chwila milczenia. Po białym spokojnym czole Fani przelatywały różne myśli niby chmurki, mieszające jego spokój. Oto rozbierała pobudki postępków dwóch młodzieńców i usiłowała je ocenić. Istotnie, jeżeli ogół zyskiwał przez to, co uczynił Iwaszkiewicz, to tracił przez postępek Złotopolskiego. Ale nie od razu zrozumiała, dlaczego jedna z tych ról jest dodatnią, druga ujemną. Dobro ogólne! Pojęcie to legło przed jej myślą jakby jakaś nieokreślona otchłań. Czuła jednak, że potrzeba ją sercem i rozumem napełnić od wierzchu do dna. A zadanie takie nie było łatwe do spełnienia, bo edukacja, jaką odebrała w latach dziecinnych, nie mogła tu być pomocą. Kto by tam w wychowaniu panien zwracał na takie rzeczy uwagę? Przecież można być panną i dobrze wychowaną, i "dobrze ułożoną", nie wiedząc, co jest dobro ogółu. Ale Fania chciała teraz wiedzieć i kwoli tej chęci udała się do Iwaszkiewicza. I dobrze się udała. Iwaszkiewicz był to człek z sercem. Wicher postępu rzucał na ono serce niby na rolę różne ziarna, ale przyjmowały się tylko zdrowe. Gdy wicher wionął kosmopolityzmem, serce to stawało wówczas na kotwicy przeszłości, która to kotwica - symbol nadziei - była zarazem i wiarą w przyszłość. Fania dobrze wybrała. Była teraz podwójnie wdzięczna Iwaszkiewiczowi, bo tłumacząc jej, co jest dobro ogółu, tłumaczył zarazem, w czym jest jego własna wyższość nad współzawodnikiem. Tak jest! Czymże był przy nim ów piękny i modny panicz? Czyny ich były wprost odwrotne. Fania spojrzała na Złotopolskiego i uśmiech nieledwie pogardy okolił jej usteczka.
-Czy pan słyszał naszą rozmowę? - spytała go.
-Jaką rozmowę?
-Podczas gdy pan rozmawiał z mamą o Złotopolu, ja mówiłam z panem Iwaszkiewiczem.
-Nie słyszałem ni.
-A to szkoda! Odmiennymi szliście panowie drogami.
-Tym lepiej dla nas, bo gdyby drogi nasze się zeszły...
-Wówczas?
-Wówczas musiałby jeden drugiemu ustąpić - zabrzmiał poważny głos inżyniera.
-Na honor! tak by musiało być - odparł z dumą Złotopolski.
Dwaj młodzi ludzie spojrzeli sobie w oczy. We wzroku Iwaszkiewicza błysnął posępny płomień nieugiętej woli, ale i oczy Złotopolskiego błyszczały jak stal polerowana, z prawdziwie stalowym chłodem i uporem.