Autorzy lektur o największym dorobku w naszym portalu: Anton Czechow | Dziekoński | Homer | Kraszewski | Sienkiewicz | Nieznany
Amerykanie mają wprawdzie w sobie ducha organizacji posuniętego do wysokiego stopnia, ale w miarę trudów w podróży energia ludzka słabnie, zniechęcenie ogarnia najwytrwalszych i wówczas nikomu nie chce się dniem harcować konno, nocą iść na straże, a każdy natomiast rad by wymknąć się od przypadającej na niego kolei i leżeć po całych dniach na wozie. Przy tym w stosunkach z Jankesami kapitan musi umieć pogodzić karność z pewną poufałością koleżeńską, co nie jest rzeczą łatwą. Bywało więc tak, że w czasie pochodu i w godzinach nocnych postojów byłem zupełnym panem woli każdego z moich towarzyszów, ale w czasie dziennych wypoczynków po farmach i osadach, które spotykaliśmy z początku na drodze, kończyła się i moja rola rozkazodawcy. Wówczas każdy był sobie panem i nieraz musiałem zwalczać opór zuchwałych awanturników; ale gdy wobec licznych "ringów" okazało się po kilkakroć, że moja mazowiecka pięść silniejszą jest od amerykańskich, zaraz urosło moje znaczenie, i później nie miałem nigdy żadnych zajść osobistych. Zresztą znałem już na wylot charakter amerykański, wiedziałem więc, jak sobie radzić, a przy tym wytrwania i zachęty dodawała mi pewna para niebieskich oczu, spoglądająca na mnie spod płóciennego dachu wozu ze szczególnym zajęciem. Oczy te, patrzące spod czoła ocienionego bujnym złotym włosem, należały do młodej dziewczyny imieniem Lilian Morris, rodem z Massachusetts z Bostonu. Była to istota delikatna, wiotka, o rysach drobnych i twarzy smutnej, pomimo iż prawie dziecinnej.