Autorzy lektur o największym dorobku w naszym portalu: Anton Czechow | Dziekoński | Homer | Kraszewski | Sienkiewicz | Nieznany
-Nie mogę! naprawdę nie mogę dalej!
Wtedy wziąłem ją znów na ręce i zszedłem z tym drogim ciężarem do samego brzegu, gdzie gałęzie wierzbowe zwieszone aż do ziemi tworzyły jak gdyby cieniste korytarze. W takiej alkowie zielonej złożywszy ją na mchach klęknąłem przy niej, ale gdym na nią spojrzał, serce ścisnęło się we mnie. Twarz jej pobladła jak płótno, a rozszerzone oczy patrzyły na mnie z przestrachem.
-Lilian! co ci jest, droga! - wołałem - to ja przy tobie!
Tak mówiąc do nóg się jej pochyliłem i okrywałem je pocałunkami.
-Lilian! - mówiłem dalej - moja jedyna, moja wybrana, moja żono!
Gdym wymówił to ostatnie słowo, dreszcz przebiegł jej od stóp do głowy i nagle ręce, jakby w gorączce, z jakąś niezwykłą siła zarzuciła mi na szyję, powtarzając:
-My dear! my dear! my husband! - a potem wszystko znikło mi z oczu i zdawało mi się, że cała kula ziemska leci gdzieś z nami...
Dziś już nie wiem, jak to być mogło, że gdym się zbudził z tego upojenia i oprzytomniał, między czarnymi gałęziami hicorów świeciła znowu zorza, ale już wieczorna. Dzięcioły przestały bić w korę; na dnie jeziora druga zorza śmiała się do tej, co na niebie; mieszkańcy jeziorka poszli spać, wieczór był śliczny, cichy, przesycony czerwonym światłem, czas było wracać do taboru. Gdy wyszliśmy spod wierzb płaczących, spojrzałem na Lilian: nie było na jej twarzy ani smutku, ani niepokoju, w oczach tylko wzniesionych ku niebu paliła się cicha rezygnacja, a jej błogosławioną głowę otaczała jakby jaka gloria świetlista ofiary i powagi. Gdym jej podał rękę, głowę spokojnie schyliła na moje ramię i nie odwracając oczu od nieba, rzekła do mnie: