ULICA KROKODYLI
Mój ojciec przechowywał w dolnej szufladzie swego głębokiego biurka starą i
piękną mapę naszego miasta.
Był to cały wolumen in folio pergaminowych kart, które pierwotnie spojone
skrawkami płótna, tworzyły ogromną mapę ścienną w kształcie panoramy z ptasiej
perspektywy.
Zawieszona na ścianie, zajmowała niemal przestrzeń całego pokoju i otwierała
daleki widok na całą dolinę Tyśmienicy, wijącej się falisto bladozłotą wstęgą,
na całe pojezierze szeroko rozlanych moczarów i stawów, na pofałdowane
przedgórza, ciągnące się ku południowi, naprzód z rzadka, potem coraz
tłumniejszymi pasmami, szachownicą okrągławych wzgórzy, coraz mniejszych i coraz
bledszych, w miarę jak odchodziły ku złotawej i dymnej mgle horyzontu. z tej
zwiędłej dali peryferii wynurzało się miasto i rosło ku przodowi, naprzód
jeszcze w nie zróżnicowanych kompleksach, w zwartych blokach i masach domów,
poprzecinanych głębokimi parowami ulic, by bliżej jeszcze wyodrębnić się w
pojedyncze kamienice, sztychowane z ostrą wyrazistością widoków oglądanych
przez lunetę. Na tych bliższych planach wydobył sztycharz cały zawikłany i