SKLEPY CYNAMONOWE
W okresie najkrótszych. sennych dni zimowych, ujętych z obu stron, od poranku
i od wieczora, w futrzane krawędzie zmierzchów, gdy miasto rozgałęziało się
coraz głębiej w labirynty zimowych nocy, z trudem przywoływane przez krótki świt
do opamiętania, do powrotu - ojciec mój był już zatracony, zaprzedany,
zaprzysiężony tamtej sferze.
Twarz jego i głowa zarastały wówczas bujnie i dziko siwym włosem, sterczącym
nieregularnie wiechciami, szczecinami, długimi pędzlami, strzelającymi z
brodawek, z brwi, z dziurek od nosa co nadawało jego fizjonomii wygląd starego,
nastroszonego lisa.
Węch jego i słuch zaostrzał się niepomiernie i znać było po grze jego
milczącej i napiętej twarzy, że za pośrednictwem tych zmysłów pozostaje on w
ciągłym kontakcie z niewidzialnym światem ciemnych zakamarków, dziur mysich,
zmurszałych przestrzeni pustych pod podłogą i kanałów kominowych.
Wszystkie chroboty, trzaski nocne, tajne, skrzypiące życie podłogi miały w
nim nieomylnego i czujnego dostrzegacza, szpiega i współspiskowca. Absorbowało
go to w tym stopniu, że pogrążał się zupełnie w tej niedostępnej dla nas sferze,