PAN KAROL
Po południu w sobotę mój wuj, Karol, wdowiec słomiany, wybierał się pieszo do
letniska, oddalonego o godzinę drogi od miasta, do żony i dzieci, które tam na
wywczasach bawiły.
Od czasu wyjazdu żony mieszkanie było nie sprzątane, łóżko nie zaścielane
nigdy. Pan Karol przychodził do mieszkania póĽną nocą, sponiewierany,
spustoszony przez nocne pohulanki, przez które go wlokły te dni upalne i puste.
Zmięta, chłodna, dziko rozrzucona pościel była dlań wówczas jakąś błogą
przystanią, wyspą zbawczą, do której przypadał ostatkiem sił jak rozbitek,
miotany wiele dni i nocy przez wzburzone morze.
Omackiem, w ciemności zapadał się gdzieś między białawe chmury, pasma i zwały
chłodnego pierza i spał tak w niewiadomym kierunku, na wspak, głową na dół,
wbity ciemieniem w puszysty miąższ pościeli, jak gdyby chciał we śnie
przewiercić, przewędrować na wskroś te rosnące nocą, potężne masywy pierzyn.
Walczył we śnie z tą pościelą, jak pływak z wodą, ugniatał ją i miesił ciałem,
jak ogromną dzieżę ciasta, w którą się zapadał, i budził się o szarym świcie