Sierpień 2
Splątany gąszcz traw, chwastów, zielska i bodiaków buzuje w ogniu popołudnia.
Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu. Złote ściemisko krzyczy w
słońcu, jak ruda szarańcza; w rzęsistym deszczu ognia wrzeszczą świerszcze;
strąki nasion eksplodują cicho, jak koniki polne.
A ku parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem-pagórem, jak gdyby
ogród obrócił się we śnie na drugą stronę i grube jego, chłopskie bary oddychają
ciszą ziemi. Na tych barach ogrodu niechlujna, babska bujność sierpnia
wyolbrzymiała w głuche zapadliska ogromnych łopuchów, rozpanoszyła się płatami
włochatych blach listnych, wybujałymi ozorami mięsistej zieleni. Tam te
wyłupiaste pałuby łopuchów wybałuszyły się jak babska szeroko rozsiadłe, na wpół
pożarte przez własne oszalałe spódnice. Tam te wyłupiaste pałuby łopuchów
wybałuszyły się jak babska szeroko rozsiadłe, na wpół pożarte przez
własne oszalałe spódnice. Tam sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego
bzu, śmierdzącą mydłem, grubą kaszę babek, dziką okowitę mięty i wszelką