TRAKTAT O MANEKINACH - CIĄG DALSZY
Następnego wieczora ojciec podjął z odnowioną swadą ciemny i zawiły swój
temat. Lineatura jego zmarszczek rozwijała się i zawijała z wyrafinowaną
chytrością. W każdej spirali ukryty był pocisk ironii. Ale czasami inspiracja
rozszerzała kręgi jego zmarszczek, które rosły jakąś ogromną wirującą grozą,
uchodząc w milczących wolutach w głąb nocy zimowej. - Figury panopticum, moje
panie - zaczął on - kalwaryjskie parodie manekinów, ale nawet w tej postaci
strzeżcie się lekko je traktować. Materia nie zna żartów. Jest ona zawsze pełna
tragicznej powagi. Kto ośmiela się myśleć, że można igrać z materią, że
kształtować ją można dla żartu, że żart nie wrasta w nią, nie wżera się
natychmiast jak los, jak przeznaczenie? Czy przeczuwacie ból, cierpienie głuche,
nie wyzwolone, zakute w materię cierpienie tej pałuby, która nie wie, czemu nią
jest, czemu musi trwać w tej gwałtem narzuconej formie, będącej parodią? Czy
pojmujecie potęgę wyrazu, formy, pozoru, tyrańską samowolę, z jaką rzuca się on
na bezbronną kłodę i opanowuje, jak własna, tyrańska, panosząca się dusza?