NAWIEDZENIE 1
Już wówczas miasto nasze popadało coraz bardziej w chroniczną szarość
zmierzchu, porastało na krawędziach liszajem cienia, puszystą pleśnią i mchem
koloru żelaza.
Ledwo rozpowity z brunatnych dymów i mgieł poranka przechylał się dzień od
razu w niskie bursztynowe popołudnie, stawał się przez chwilę przezroczysty i
złoty jak ciemne piwo, ażeby potem zejść pod wielokrotnie rozczłonkowane,
fantastyczne sklepienia kolorowych i rozległych nocy.
Mieszkaliśmy w rynku, w jednym z tych ciemnych domów o pustych i ślepych
fasadach, które tak trudno od siebie odróżnić.
Daje to powód do ciągłych omyłek. Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na
niewłaściwe schody, dostawało się zazwyczaj w prawdziwy labirynt obcych
mieszkań, ganków, niespodzianych wyjść na obce podwórza i zapominało się o
początkowym celu wyprawy, ażeby po wielu dniach, wracając z manowców dziwnych i
splątanych przygód, o jakimś szarym świcie przypomnieć sobie wśród wyrzutów
sumienia dom rodzinny.
Pełne wielkich szaf głębokich kanap, bladych luster i tandetnych palm