NOC WIELKIEGO SEZONU
Każdy wie, że w szeregu zwykłych, normalnych lat rodzi niekiedy zdziwaczały
czas ze swego łona lata inne, lata osobliwe, lata wyrodne, którym jak szósty,
mały palec u ręki wyrasta kędyś trzynasty, fałszywy miesiąc.
Mówimy fałszywy, gdyż rzadko dochodzi on do pełnego rozwoju. Jak dzieci póĽno
spłodzone, pozostaje on w tyle ze wzrostem, miesiąc garbusek, odrośl w połowie,
uwiędła i raczej domyślna niż rzeczywista.
Winna jest temu starcza niepowściągliwość lata, jego rozpustna i póĽna
żywotność. Bywa czasem, że sierpień minie, a stary gruby pień lata rodzi z
przyzwyczajenia jeszcze dalej, pędzi ze swego próchna te dni-dziczki,
dni-chwasty, jałowe i idiotyczne, dorzuca na dokładkę, za darmo, dni-kaczany,
puste i niejadalne dni białe, zdziwione i niepotrzebne.
Wyrastają one, nieregularne i nierówne, nie wykształcone i zrośnięte z sobą,
jak palce potworkowatej ręki, pączkujące i zwinięte w figę.
Inni porównywają te dni do apokryfów, wsuniętych potajemnie między rozdziały
wielkiej księgi roku, do palimpsestów, skrycie włączonych pomiędzy jej stronice,