WICHURA
Tej długiej i pustej zimy obrodziła ciemność w naszym mieście ogromnym,
stokrotnym urodzajem. Zbyt długo snadĽ nie sprzątano na strychach i w
rupieciarniach, stłaczano garnki na garnkach i flaszki na flaszkach, pozwalano
narastać bez końca pustym bateriom butelek.
Tam, w tych spalonych, wielobelkowych lasach strychów i dachów ciemność
zaczęła się wyradzać i dziko fermentować. Tam zaczęły się te czarne sejmy
garnków, te wiecowania gadatliwe i puste, te bełkotliwe flaszkowania,
bulgoty butli i baniek. Aż pewnej nocy wezbrały pod gontowymi przestworami
falangi garnków i flaszek i popłynęły wielkim stłoczonym ludem na miasto.
Strychy, wystrychnięte ze strychów, rozprzestrzeniały się jedne z drugich i
wystrzelały czarnymi szpalerami, a przez przestronne ich echa przebiegały
kawalkady tramów i belek, lansady drewnianych kozłów, klękających na jodłowe
kolana, ażeby wypadłszy na wolność, napełnić przestwory nocy galopem krokwi i
zgiełkiem płatwi i bantów.
Wtedy to wylały się te czarne rzeki, wędrówki beczek i konwi, i płynęły przez
noce. Czarne ich, połyskliwe, gwarne zbiegowiska oblegały miasto. Nocami mrowił