Sierpień 1
W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką i starszym
bratem na pastwę białych od żaru i oszołamiających dni letnich. Wertowaliśmy,
odurzeni światłem, w tej wielkiej księdze wakacji, której wszystkie karty pałaty
od blasku i miały na dnie słodki do omdlenia miąższ złotych gruszek.
Adela wracała w świetliste poranki, jak Pomona z ognia dnia rozżagwionego,
wysypując z koszyka barwną urodę słońca lśniące, pełne wody pod przejrzystą
skórką czereśnie, tajemnicze, czarne wiśnie, których woń przekraczała to, co
ziszczało się w smaku; morele, w których miąższu złotym był rdzeń długich
popołudni; a obok tej czystej poezji owoców wyładowywała nabrzmiałe siłą i
pożywnością płaty mięsa z klawiaturą żeber cielęcych, wodorosty jarzyn, niby
zabite głowonogi i meduzy surowy materiał obiadu o smaku jeszcze nie uformowanym
i jałowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim i
polnym.
Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku przechodziło
co dzień na wskroś całe wielkie lato: cisza drgających słojów powietrznych,